trafiłam na książkę traktującą o przedwojennych urlopowiczach wypoczywających w przedwojennych Niemczech.
Autorka, Julia Boyd, reprezentuje perspektywę anglosaską, stąd w książce przeważają głosy Brytyjczyków, Amerykanów i Australijczyków, którzy już w pierwszych latach po wojnie zwiedzają Republikę Weimarską. Przyjeżdżają z różnych pobudek: powiązania kulturalne, pomoc humanitarna, podróże służbowe, wymiana szkolne. Niektórzy są zachwyceni panującą w Republice wolnością, zwłaszcza w sferze seksualności. Fakt, że Anglia i Niemcy względnie niedawno podpisały traktat pokojowy zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Cytowani przez Boyd podróżnicy od jego postanowień raczej się odcinają, współczując niemieckim gościom upokorzonych przez Francuzów.Więź brytyjsko-niemiecka rodzi się na nowo i nawet zyskujący na popularności Adolf Hitler nie stanowi większej przeszkody. Że antysemita? Owszem, zdemolowanie witryn w eleganckich żydowskich domach towarowych było naganne, ale, z drugiej strony, brytyjskie elity, niewolne od antysemityzmu, powtarzają, że "żydostwo" w Republice Weimerskiej nadmiernie się rozpanoszyło. Że w Dachau działa obóz koncentracyjny? A kto w nim siedzi: komuniści, homoseksualiści i inni tacy, których internować należy. Poza tym, byłem i widziałem, wcale im nie jest tak źle.*
Cytując Boyd "obóz w Dachau stał się czymś w rodzaju atrakcji turystycznej, szczególnie dla polityków i dziennikarzy"**.
Tutaj wypadałoby się oburzyć. Jest jednak mały problem - zwiedzający o drugiej wojnie światowej nie wiedzieli. Z drugiej strony, naoczni świadkowie Nocy Kryształowej i Nocy Długich Noży mogli się domyślić, że w kraju nie dzieje się najlepiej. Faktem jest, że po tych wydarzeniach napływ turystów było nieco mniejszy, niemniej jednak nadal podróżowano do Niemiec i wysyłano dzieci na wymianę, aby pisały wypracowania o, między innymi, roli kobiety w narodowym socjalizmie. I nie robili tego jedynie pasjonaci Trzeciej Rzeszy w rodzaju Oswalda Mosleya czy Unity Milfred. Dlaczego podróże do Niemiec nie ustają?
Po pierwsze, bo Niemcy wydały Goethego, trochę głupio wyszło z tymi nazistami, ale ostatecznie to kulturalny naród i na pewno mu przejdzie. Poza tym chwilowo twarda ręka jest potrzebna, bo inaczej nie zatrzymamy bolszewików. Ci podróżujący, którzy mieli szanse osobiście poznać Hitlera, dodaliby w tym miejscu, że to czarujący i oddany człowiek.
Po drugie, bo lokalsi są mili i kulturalni. Takie odczucia mieli nawet czarnoskórzy sportowcy z USA, którzy w miejscowych budzili głownie ciekawość. "Nie spotkałem żadnych brudnych nazistów, tylko dużo miłych Niemców. Acha, i nie musiałem siedzieć z tyłu autobusu" - odpowie po powrocie do kraju Archie Willimas, zwycięzca w biegu na 400 metrów.
Po trzecie, niektórzy zdawali się traktować faszyzm jako coś w rodzaju folkloru lokalnego, niedopuszczalnego w liberalnej Wielkiej Brytanii; ale Niemcy widocznie coś takiego mają, że u nich panuje dyktatura.
Część z tych opinii może brzmieć znajomo, co prowadzi do niepokojącego pytania: czy nie jest tak, że przymykając oko na rozmaite naruszenia, ryzykujemy przeoczenie jakiegoś hitlera XXI wieku? Z drugiej strony, uproszczone analogie są niebezpieczne, a nadużywanie terminu "faszysta" stopniowo go dezawuuje. Innej odpowiedzi nie ma, innego końca świata nie będzie.
*Warunki w obozie koncentracyjnym oburzały niektórych odwiedzających, Boyd sugeruje jednak, że nie była to postawa powszechna
** Obydwa cytaty swobodnie przetłumaczone za wydaniem angielskim
** Obydwa cytaty swobodnie przetłumaczone za wydaniem angielskim
Julia Boyd Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi.
Prószyński i S-ka, 2019

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz