Wychowałam się w małej miejscowości, za którą czasem tęsknię. Potem sobie jednak przypominam, jak dorastało się w takich miejscach w czasach sprzed powszechnie dostępnego internetu. W latach nastoletnich czytałam recenzje filmów i książek w "Gazecie Wyborczej"; resztę musiałam sobie wyobrazić. W pobliskim kinie wyświetlano tylko popularne produkcje, w księgarni były podręczniki szkolne. Nie było Netflixa, ani Legimi. Inne kina i księgarnie były w mieście wojewódzkim, do którego podróż trwała godzinę. Tak, w jedną stronę, dopiero kilkanaście lat temu otwarto stosowny odcinek autostrady.
Między innymi dlatego doskonale rozumiem dziewiętnastoletnią Polę Filipiak, bohaterkę "Pokuty", najnowszej powieści Anny Kańtoch. Dziewczyna mieszka w nadmorskiej miejscowości, pracuje w pensjonacie u matki i w wolnych chwilach czyta po raz kolejny tę samą książkę Tolkiena. Koleżanki już wyszły za mąż*, miasteczko zalewa deszcz i posezonowa nuda. Jest rok 1986, nie ma internetu, ani galerii handlowych. Alkoholu nie można kupić przed 13, trzeba prosić zaprzyjaźnioną sprzedawczynię, żeby odkładała masło. Świat na zewnątrz nie ma zbyt wiele do zaoferowania, ale nie można narzekać na złe samopoczucie. Pola dzieli dom z matką, która wszystkie problemy córki traktuje jak osobisty przytyk. "Widzisz, do czego mnie doprowadziłaś, wiesz, że rani mnie kiedy jesteś smutna, podnieś rękaw, znów się cięłaś, w jakim świetle mnie to stawia, przecież jesteśmy przyjaciółkami". Do problemów Poli dochodzi jeszcze poczucie winy.
Tę szarą egzystencję (przepraszam za frazes, nie umiem inaczej) przerywa dopiero morderstwo koleżanki Poli. Jak to zwykle bywa, dziewczyna znajduje ten jeden drobny szczegół, który przeoczyła policja i... tutaj powinno paść, "postanawia wziąć sprawę w swoje ręce", ale byłoby to nadużyciem, bo na początku Pola nie bardzo chce zajmować się śledztwem. Dopiero po jakimś czasie, zaczyna szukać wyjaśnienia.
Dlaczego, pisząc o książce, skupiam się na jednej bohaterce? Bo jest dla mnie z całej "Pokuty" najciekawsza. Bardzo mi się podobał opis jej toksycznej zażyłości z matką i tego, jak musiała walczyć z własną nieśmiałością. Cała reszta jest dla mnie zdecydowanie mniej interesująca: mam wrażenie, że drugi główny bohater (milicjant) cały czas myśli i rozmawia o tym samym. Sama historia jest momentami nieprzekonująca: nikt nie zauważył zaginięcia, bo ofiara (zaginiona 14 lat wcześniej) miała podobną do siebie kuzynkę-sierotę, która przyjeżdżała wcześniej na wakacje. Serio? Jako osobie wychowywanej na wsi, trudno mi uwierzyć, że nikt nic nie zauważył. Podobne odczucia miałam, kiedy odkryto sprawcę i ujawniono jego motywację, ale, ze zrozumiałych względów, nie mogę napisać dlaczego.
Z drugiej strony, o ile główny wątek wydaje mi się mało wiarygodny, o tyle bardzo podobają mi się opisy schyłkowego PRL-u. Kiedy czytam kryminały Anny Kańtoch, wszystkie osadzone w drugiej połowie lat 80, prawie czuję smak kawy zbożowej i jajecznicy smażonej na maśle na śniadanie. Polska Ludowa nie jest zresztą tematem przewodnim "Pokuty", a schyłkowy reżim jest raczej jedną z codziennych niedogodności, niż upiornym totalitaryzmem. Zakupy żywieniowe są pewnym logistycznym wyzwaniem, a milicja bije przy przesłuchaniach, przeciętni obywatele nie są jednak bezmyślnie prześladowani, o ile nie angażują się w politykę. Taki wyważony obraz PRL-u jest miłą odmianą dla modnej ostatnio teorii, że w latach 80. wszyscy nie spali, nie jedli, tylko nieustannie krzyczeli "Precz z komuną!", a kto nie skakał, ten z milicji. I za to właśnie, mimo wszystko, lubię "Pokutę", tak samo jak poprzednie "Łaskę" i "Wiarę".
*Na początku dziewiętnastolatki wychodzące masowo za mąż wydawały mi się pewną przesadą. Wątpliwościami podzieliłam się z koleżanką, ona jednak je rozwiała, przytaczając przykłady z własnej rodziny. Ponieważ nie lubię poprzestawać na dowodach anegdotycznych, sięgnęłam do danych GUS-u. Na stronie 18, czytam, że w 1990 roku co piąta panna młoda miała mniej niż 19 lat, a co druga - 20 - 24 lata. Dla porównania, w roku 2017 liczby ten wynosił odpowiednio 1,4 i 24,6%. Tak sobie czasem myślę, że narzekania, iż w tej Polsce nigdy nic się nie zmieni, są nieco na wyrost.

Anna Kańtoch "Pokuta"
Wydawnictwo Czarne, 2019
Między innymi dlatego doskonale rozumiem dziewiętnastoletnią Polę Filipiak, bohaterkę "Pokuty", najnowszej powieści Anny Kańtoch. Dziewczyna mieszka w nadmorskiej miejscowości, pracuje w pensjonacie u matki i w wolnych chwilach czyta po raz kolejny tę samą książkę Tolkiena. Koleżanki już wyszły za mąż*, miasteczko zalewa deszcz i posezonowa nuda. Jest rok 1986, nie ma internetu, ani galerii handlowych. Alkoholu nie można kupić przed 13, trzeba prosić zaprzyjaźnioną sprzedawczynię, żeby odkładała masło. Świat na zewnątrz nie ma zbyt wiele do zaoferowania, ale nie można narzekać na złe samopoczucie. Pola dzieli dom z matką, która wszystkie problemy córki traktuje jak osobisty przytyk. "Widzisz, do czego mnie doprowadziłaś, wiesz, że rani mnie kiedy jesteś smutna, podnieś rękaw, znów się cięłaś, w jakim świetle mnie to stawia, przecież jesteśmy przyjaciółkami". Do problemów Poli dochodzi jeszcze poczucie winy.
Tę szarą egzystencję (przepraszam za frazes, nie umiem inaczej) przerywa dopiero morderstwo koleżanki Poli. Jak to zwykle bywa, dziewczyna znajduje ten jeden drobny szczegół, który przeoczyła policja i... tutaj powinno paść, "postanawia wziąć sprawę w swoje ręce", ale byłoby to nadużyciem, bo na początku Pola nie bardzo chce zajmować się śledztwem. Dopiero po jakimś czasie, zaczyna szukać wyjaśnienia.
Dlaczego, pisząc o książce, skupiam się na jednej bohaterce? Bo jest dla mnie z całej "Pokuty" najciekawsza. Bardzo mi się podobał opis jej toksycznej zażyłości z matką i tego, jak musiała walczyć z własną nieśmiałością. Cała reszta jest dla mnie zdecydowanie mniej interesująca: mam wrażenie, że drugi główny bohater (milicjant) cały czas myśli i rozmawia o tym samym. Sama historia jest momentami nieprzekonująca: nikt nie zauważył zaginięcia, bo ofiara (zaginiona 14 lat wcześniej) miała podobną do siebie kuzynkę-sierotę, która przyjeżdżała wcześniej na wakacje. Serio? Jako osobie wychowywanej na wsi, trudno mi uwierzyć, że nikt nic nie zauważył. Podobne odczucia miałam, kiedy odkryto sprawcę i ujawniono jego motywację, ale, ze zrozumiałych względów, nie mogę napisać dlaczego.
Z drugiej strony, o ile główny wątek wydaje mi się mało wiarygodny, o tyle bardzo podobają mi się opisy schyłkowego PRL-u. Kiedy czytam kryminały Anny Kańtoch, wszystkie osadzone w drugiej połowie lat 80, prawie czuję smak kawy zbożowej i jajecznicy smażonej na maśle na śniadanie. Polska Ludowa nie jest zresztą tematem przewodnim "Pokuty", a schyłkowy reżim jest raczej jedną z codziennych niedogodności, niż upiornym totalitaryzmem. Zakupy żywieniowe są pewnym logistycznym wyzwaniem, a milicja bije przy przesłuchaniach, przeciętni obywatele nie są jednak bezmyślnie prześladowani, o ile nie angażują się w politykę. Taki wyważony obraz PRL-u jest miłą odmianą dla modnej ostatnio teorii, że w latach 80. wszyscy nie spali, nie jedli, tylko nieustannie krzyczeli "Precz z komuną!", a kto nie skakał, ten z milicji. I za to właśnie, mimo wszystko, lubię "Pokutę", tak samo jak poprzednie "Łaskę" i "Wiarę".
*Na początku dziewiętnastolatki wychodzące masowo za mąż wydawały mi się pewną przesadą. Wątpliwościami podzieliłam się z koleżanką, ona jednak je rozwiała, przytaczając przykłady z własnej rodziny. Ponieważ nie lubię poprzestawać na dowodach anegdotycznych, sięgnęłam do danych GUS-u. Na stronie 18, czytam, że w 1990 roku co piąta panna młoda miała mniej niż 19 lat, a co druga - 20 - 24 lata. Dla porównania, w roku 2017 liczby ten wynosił odpowiednio 1,4 i 24,6%. Tak sobie czasem myślę, że narzekania, iż w tej Polsce nigdy nic się nie zmieni, są nieco na wyrost.

Anna Kańtoch "Pokuta"
Wydawnictwo Czarne, 2019
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz