poniedziałek, 30 września 2019

Z Jante nie uciekniesz


Trzy wartości były dla niego szczególnie ważne: „praca, udział we władzy i poczucie własnej godności”. Dawał mu je komunizm, a potem przestał, co doprowadziło do buntu i zmiany systemu. Oczekiwania jednak pozostały niezmienione. Kto się tak nie potrafił zaadaptować?
Oto on, tischnerowski homo sovieticus z roku 1992. Bohater „Homo sovieticusa i etyki solidarności” po 27 latach wciąż żyje w języku potocznym. Tyle że, w odróżnieniu od pierwowzoru, niewiele ma wspólnego z pracą, władzą, czy godnością. Ot, taka plama na strukturze społecznej, wypełniona wyuczoną bezradnością i resentymentem. Z pierwowzorem łączy go bezkrytyczne uwielbienie dla zastałych struktur społecznych.  Nie lubi zmian, jest symbolem polskiego zaścianka.
Po lekturze najnowszej książki Filipa Springera, Dwunaste: nie uciekniesz, można jednak odnieść wrażenie, że podobne zjawiska nie ograniczają się wyłącznie do Polski. Tym razem Springer wyruszył w podróż po Danii, gdzie próbuje zrozumieć mityczne Jante, fikcyjną miejscowość (zdumiewająco podobną do miasta Nykobing Mors), która stała się głośna w latach 30 ubiegłego wieku, za sprawą powieści Aleksa Sandemose’a „Uciekinier przecina swój ślad”. Główny bohater, Espen Arnakke, wychowuje się w miejscu, gdzie panuje niepisane dziesięć przykazań.

1. Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
5. 5. Nie sądź, że wiesz więcej niż my…
Etc.

To jeszcze nie wszystko, bo pewnym uzupełnieniem tej listy jest jedenaste: nie myśl, że nic o tobie nie wiemy. Przykazania Jante działają wstecz i nie rozróżniają sprawców od ofiar.
„Tuż przede mną szła mała dziewczynka. Kiedy ich minęła przerwali gadanie i długo się w nią wpatrywali. Znalazłem się przy nich i słyszałem, co mówią: tak, to była ta... Wcześniej doszło do jakiejś afery, mężczyzna poszedł siedzieć. A to była ofiara (...). Ich śmiech wciąż przyprawia mnie o ciarki, nawet po blisko trzydziestu latach” (Sandemose, s. 197, 198, 200 za: Springer, loc 2038).
 Nie masz szans na nowy start, chyba że weźmiesz przykład z Espena i po prostu z niej wyjedziesz. Książka, jak się można domyślić, wywołała niemały skandal, tym bardziej, że na pewnym egzemplarzu w bibliotece ktoś z tyłu dopisał klucz do powieści: X jest pedofilem, Y to złodziej. Zaczyna się od zapisków, a kończy się na wybitych szybach, bezczeszczonych nagrobkach i pobiciach.
Współcześnie Duńczycy opracowali pozytywną, w swoim mniemaniu, wersję prawa Jante zaczynająca się od „1. Nie sądź, że jesteś nikim. 2. Nie sądź, że nam nie dorównujesz, 3. Nie sądź, że jesteś głupszy od nas...”Problem jednak polega na tym, że zarówno nowa, jak i stara wersja, wydają się sobie nie radzić z wszelkiego rodzaju innością. Gorsza czy lepsza, masz być taka sama. Nie kupuj samochodu, jeżeli nikt tego nie robi. Nie podróżuj, nikt nie jeździ na wakacje. Nie zasłaniaj okna, bo nikt inny nie ma zasłon. Nie wprowadzaj zmian, bo cię znienawidzą, ostrzega Mette, której sąsiedzi przestali się kłaniać, bo chciała zrewolucjonizować podział prac sąsiedzkich przy sprzątaniu zieleni we wspólnocie.
Nie obrażaj społeczności swoimi dziwacznymi wyborami życiowymi. Główny bohater powieści Sandemose’a chciał być zoologiem, jednak wyśmiano go i zrezygnował. Spodziewałem się ciebie na raczej na kasie w supermarkecie niż w teatrze (...) Nie powinno cię tu być (loc. 2013), karci były nauczyciel Brigitte, jedną z rozmówczyń Springera, ofiarę molestowania seksualnego. Historia tej kobiety jest zresztą doskonałą ilustracją jedenastego prawa Jante: o jej cierpieniu
wszyscy wiedzieli. Przecież spędzałam u niego więcej czasu niż we własnym domu. Matka wiedziała, do kogo chodzę. Nocowałam tam. Wszyscy we Flade widzieli, bo tu nikt nie zasłania okien. On się z tym nie krył, często chodziliśmy na spacery. Wiesz, jak tu na mnie mówili przez te wszystkie lata (...) Mała żona Egona. (loc. 2079)
Podobnie jak homo sovieticus, termin prawo Jante zaczął żyć własnym życiem,  a wielu publicystów, którzy go upowszechnili, książki Sandemose’a zwyczajnie nie przeczytało, w tym:
dziennikarze „The Copenhagen Post”, „The Murmur”, „Marie Claire”, „Entrepreneur Europe”, „The Dai-ly Star”, „”The Independent, „Conde Nast”, „National Geographic Traveller”, „The Observer” i „The Washington Post” (loc. 755)
Jest to zresztą lektura dla koneserów, „Uciekiner..” to długi i chaotyczny wywód pełen powtórzeń, i o ile można na początku współczuć wychowywanemu w opresyjnej społeczności Epsenowi, o tyle po pewnym czasie ta maniera irytuje tak bardzo aż się chce powtórzyć za aktorem Poulem Stormem: „to zostało napisane z perspektywy trzydziesto-parolatka, który nadal ma za złe koledze, że poskarżył na niego w szkole. A chodziło o kradzież jabłka czy inną bzdurę” (loc. 1657) . Współczucie dla Sandemose’a skutecznie zresztą przechodzi, kiedy się posłucha opowieści jego syna. W biografii ojca, niedoszłego laureata Nobla, zatytułowanej „Uciekinier” Jorgen Sandemose odmalował obraz agresywnego i nieczuły sadysty, dłużnika i podpalacza o skłonnościach pedofilskich. Niektórymi wspomnieniami podzielił się ze Springerem:
„że dzień później [ojciec] podpalił dom. Że na ich [dzieci] oczach zastrzelił psa. Że gołymi rękami zadusił kurę, choć nie zamierzał jej jeść”(loc. 2493)
„Dwunaste: nie uciekniesz” przedstawia Danię, jako pospinany mostami kraj, gdzie hygge współistnieje z prawem Jante. Springer doskonale obnaża ten paradoks, zestawiając ze sobą dane od World Happiness Report (Dania drugim najszczęśliwszym krajem do życia) z Survey Expat Insider (Dania najmniej gościnnym krajem). Jeden z sześciu najlepiej rządzonych krajów na świecie (Basic Human Needs) i jeden z pięciu o najwyższym spożyciu depresantów (Business Insider).
Autor unika przy tym pułapek myślowych, które często pojawiają się w polskim dyskursie o Skandynawii wpadającym z jednej strony w bezkrytyczne uwielbienie i ubolewanie, że Polacy nie jeżdżą tak dobrze rowerami, połączone z chęcią skopiowania i wklejenia całości tamtych rozwiązań do Polski, z drugiej strony w podsycone schadenfreude oburzenie nad rzekomym skandynawskim zamordyzmem. Czytając historie mostów i opisy wybrzeża, miałam ochotę rzucić wszystko i pojechać do Kopenhagi, choćby po to, żeby przy kawie z bułką cynamonową podziwiać wszystkie odcienie duńskiej szarości i myśleć o rzekomo typowo polskich zjawiskach występujących na skalę globalną.
Pozostaje pytanie, jak w Jante odnalazłby się homo sovieticus? Gdyby zobaczył transmisję z konkursu na najbardziej duńską rodzinę (organizowanego przez Państwowe Muzeum Sztuki w Kopenhadze) mógłby poczuć się zażenowany.







niedziela, 22 września 2019

Przytłaczające kłamstewka

... "No i potem jedna pani podpaliła drugiej pani dom" - koleżanka streszczała mi odcinek serialu, który właśnie widziała w telewizji. Był rok 2005 i szukałyśmy szczęścia w Manchesterze. Nie pamiętam, czy je znalazłyśmy, odkryłyśmy za to "Desperate Housewives", które oglądałyśmy na niepozornym telewizorku w naszym niepozornym salonie. 
W ciągu ostatnich dwóch tygodni wiele razy myślałam o Lynette, Brie, Gabrielle y Susan. Nie dlatego, że sobie zrobiłam powtórkę z serialu, ale trudno oglądać "Big Little Lies" i nie mieć skojarzeń z Wysteria Lane. Może dlatego moje pierwsze wrażenie było z kategorii: "no jak zachwyca, jak nie zachwyca". Owszem, ładnie zrobione,  jest podkład muzyczny i gra aktorska, ale jakoś tak... meh. Kontrast ładnego otoczenia (akcja toczy się w najbogatszym zakątku Kalifornii, gdzie każdy mieszka w domu z widokiem na plażę) z brzydkimi zachowaniami (przemoc domowa, zdrada, gwałt, intrygi, kontra kobieca przyjaźń) już parę razy widziałam, między innymi w "Desperate Housewives". Co więcej, w Monterey (miasteczko, gdzie toczy się akcja Big Little Lies) zawartość przemocy psychicznej jest o wiele wyższa niż na Wysteria Lane. Bohaterowie zadają sobie różne wysublimowane ciosy tak często, że HBO zaleca serial wyłącznie pełnoletnim. Powiem więcej, "Big Little Lies" ma się tak do "Desperate Housewives" jak picie wódki do picia wina. Z drugiej strony, nie było w tym nic zaskakującego; autorzy serialu zdecydowali się przedstawić całą historię właściwie od końca, czyli było morderstwo, ale nie wiemy kto i kiedy, i kogo. To znaczy ja wiem, bo domyśliłam się już w czwartym odcinku, kto właściwie został zabity.
Podsumowując, pierwszy sezon mnie przytłoczył, postanowiłam jednak, z grzeczności, skończyć oglądać drugi. I wtedy...
Wjechała Meryl Streep, cała na biało, w roli toksycznej teściowej.
Jak ja mam ochotę tę babę spoliczkować, myślałam sobie, kiedy wyskoczyłam do supermarketu po butelkę cydru. Dawno mnie nikt tak nie zdenerwował, jak Mary Louise, obrzydliwe toksyczne babsko, które sztukę pasywnej agresji rozwinęło do perfekcji. Kocham cię, uważam, że jesteś wspaniała, zwykle zaczyna swoje przemowy. I'm sure you're a good person, po czym następuje pauza i atak. Wypunktowanie wszystkich słabości rozmówczyni, przy czym Mary Louise do tej kategorii zalicza też wypadki losowe. Zostałaś zgwałcona? Jesteś pewna, że nie wysłałaś mu niewłaściwych sygnałów? Nie radzisz sobie ze śmiercią męża? Jesteś pewna, że poradzisz sobie z wychowaniem dzieci, widziałam w twojej szafce cały zestaw leków. Masz kłopoty finansowe? Jesteś pewna, że warto było być pracującą matką? Popatrz, straciłaś tyle czasu, który mogłaś spędzić z dzieckiem i właściwie po co? Oczywiście, wszystko to mówimy spokojnym tonem, nie tracąc ani przez moment panowania nad sobą, potem można z tym większą satysfakcją obserwować, jak rozmówczyni się denerwuje i podnosi głos. To nie jest typ teściowej, jaką była matka Carlosa z "Desperate Housewives" - uciążliwa, ale trochę śmieszna starsza pani. To jest maszyna do zadawania bólu.
Poza Mary Louise moją rolę zwróciły relacja dwóch męskich postacie Ed MacKenzie (mąż Madeline, głównej bohaterki) i Nathan Carlson (były mąż tejże). Obaj panowie nie przepadają za sobą, Nathan jednak rozpaczliwie podejmuje próby nawiązania kontaktu, które kończą się wyzwiskami albo bójką, co jest dość zabawne, bo obydwaj próbują odgrywać rolę racjonalnego (eks-) partnera emocjonalnej kobiety. Co ciekawe, Nathan ma kompleksy, bo Ed jest bardziej "nowoczesnym" z braku lepszego określenia mężem i ojcem: pracuje w domu (jest założycielem start-up'u), gotuje i interesuje się wychowaniem dzieci. Ed tymczasem robi wrażenie zagubionego w bogatej dzielnicy hipstera. To pewnie jego mimikę twarzy mieli na myśli ci, którzy nazwali "Big Little Lies" komedią.
Ja musiałam się wprawdzie całkiem sporo napracować, żeby dostrzec elementy komedii, ale w końcu się udało i nawet parę razy się zaśmiałam. Nie nazwałabym jednak "Big Little Lies" czarną komedią, uważam, że kilka zabawnych dialogów nie równoważy przytłaczającej całości. Niemniej jednak, dla samego odcinka, w którym Meryl Streep ściera się na sali sądowej z Nicole Kidman - bardzo warto.

"Big Little Lies"
Season 1 (2017)
Season 2 (2019)
HBO

środa, 18 września 2019

Uzurpator polskiej demokracji

Jakiś czas temu, czytałam częściowo opartą na faktach "Siódmą funkcję języka" Bineta, gdzie opisany jest zamach bombowy na dworcu w Bolonii. Sprawdziłam, wydarzyło się naprawdę w 1980. Nie był to odosobniony przypadek, w latach 70. organizacje terrorystyczne działały w Europie, mimo to pogląd, że zamachy pojawiły się w nieznającej przemocy powojennej Europie w 2015 roku, jest dość popularny. Pytanie retoryczne brzmi, dlaczego historia najnowsza jest tak podatna na zniekształcenia?

Spokojnie, nie mam zamiaru uprawiać amatorskiej psychologii. Pytanie o zniekształcanie historii najnowszej dręczy mnie jednak, odkąd przeczytałam "Uzurpatora. Podwójne życie prałata Jankowskiego" Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego. Bogata w źródła (z mojego laickiego punktu widzenia) lektura wywołała moje wspomnienia z lat nastoletnich i studenckich.

Pamiętam jej głównego bohatera, a jakże. Co roku w okolicach Wielkanocy media rytualnie gorszyły się jego Grobami Pańskimi, tak jak to robią z wypowiedziami Krystyny Pawłowicz. Oburzenie narastało, potem spadało, a Jankowski robił swoje.

Obie postacie są jednak tylko pozornie podobne i nie chodzi o to, że poseł Pawłowicz ma dostęp do Twittera. Jankowski miał znacznie większą charyzmę, która pozwoliła mu na zgromadzenie dość sporego grona fanów. That being said, nie zwracałam na prałata zbyt dużej uwagi. Mieszkałam daleko od Trójmiasta i Jankowski był po prostu dla mnie jednym z wielu oszołomów trzeciej RP, a tych nie brakowało.

Czytając "Uzurpatora..."  o niektórych z nich sobie przypomniałam. A także o innych aferach z początków trzeciej RP. Art-B, Stella Maris, Rywingate, Orlengate... to były czasy. Oprocentowanie lokaty w wielu bankach jednocześnie, poszczucie UOP-em nielubianego prezesa spółki skarbu państwa, fikcyjne faktury wydawnictwa diecezjalnego, próba skorumpowania największego dziennika w kraju. Mimo to, istnieje narracja, że lata 90. i 2000. to okres rozkwitu demokracji i niebywałych osiągnięć, brutalnie przerwany przez wygraną PiS w 2015 roku. Nic bardziej mylnego, afery z Polską Fundacją Narodową, o których pisze w tym tygodniu ONET.pl miały swoje godne poprzedniczki. W tym zakresie, polityka kolejnych rządów RP niewiele się różniła. Podobnie rożne strony sceny politycznej łączył główny bohater książki. Jeszcze w 1989 na parafii Św. Brygidy:

"obraduje rada krajowa Solidarności. Są: Wałęsa, Lech Kaczyński. Mazowiecki, Kuroń, Geremek, Michnik, Celiński, Bujak, Lis i Frasyniuk (...) Obrady płynnie przechodzą w obraz, atmosfera jest niemal familijna (...). Gdy poprosimy o wypowiedzi do książki będą się wykręcać. Najzgrabniej wymówi się w grudniu 2018 roku Michnik: - Jankowski ochrzcił mi syna, a teraz miałbym go oceniać? I jak? W którą stronę bym nie poszedł, dupa zawsze z tyłu".

Jankowskiego oceniano zatem tylko częściowo. Prałat obrywał za antysemityzm i ksenofobię, natomiast milczano o jego osobliwym upodobaniu do nastoletnich ministrantów, mimo że sprawa była znana prokuratorze co najmniej od 2003 roku; sprawę umorzono między innymi ze względu na opinię biegłego seksuologa - Lew-Starowicz (!) wykazał się daleko idącą powściągliwością w ocenie zachowań prałata.  Nikt nie skojarzył proboszcza św. Brygidy z kontaktem operacyjnym służby bezpieczeństwa ps. "Prałat". Nikt nie słyszał historii o dzieciach uciekających przed proboszczem jeszcze w latach 60. Nikogo nie kuła w oczy ostentacyjna konsumpcja. Prałat bez większy przeszkód wyprawiał uczty, krytykował, deprawował... oraz wspierał finansowo.

Rada Gdańska ostatecznie usunęła pomnik prałata i cofnęła honorowe obywatelstwo. Nie obyło się bez protestów; zwolennicy prałata wciąż wierzą w jego niewinność, na przykład Mariusz Olchowik, były współpracownik Jankowskiego, skazany za przestępstwa przeciw mieniu, który do niedawna, niezgodnie z prawem, był prezesem Polskiego Związku Curlingu.

Ot, Polska w pigułce, można skomentować losy Olchowika. Problem jest jednak znacznie szerszy, nie uwolnimy się nigdy od niechlubnego dziedzictwa III RP, jeżeli polska transformacja stale będzie punktem odniesienia głównych debat publicznych w kraju. Trudno czasami uwierzyć, że w 2019 roku dla części mediów głównym problemem wciąż jest picie wódki w Magdalence na zmianę z kontrowersyjnymi wypowiedziami polityków. Czytając "Uzurpatora" przypomniałam sobie o blisko związanej z prałatem "Samoobronie" i zaczęłam się zastanawiać: kto dzisiaj pamięta o Danucie Hojarskiej, małżeństwie Łyżwińskich, czy o kurwikach w oczach Renaty Beger? A przecież kiedy doszli do władzy w 2005 roku, część mediów niemalże ogłosiła upadek demokracji w Polsce; nic dziwnego chyba, że w 2019 podobne komunikaty na niewielu robią wrażenie. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że życie publiczne w Polsce wymaga pewnej naprawy, ale jak pokazuje przypadek Jankowskiego - rytualnym oburzeniem jej nie dokonamy.



Bożena Aksamit, Piotr Głuchowski
Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego
Agora, 2019




cuaderno1