niedziela, 22 września 2019

Przytłaczające kłamstewka

... "No i potem jedna pani podpaliła drugiej pani dom" - koleżanka streszczała mi odcinek serialu, który właśnie widziała w telewizji. Był rok 2005 i szukałyśmy szczęścia w Manchesterze. Nie pamiętam, czy je znalazłyśmy, odkryłyśmy za to "Desperate Housewives", które oglądałyśmy na niepozornym telewizorku w naszym niepozornym salonie. 
W ciągu ostatnich dwóch tygodni wiele razy myślałam o Lynette, Brie, Gabrielle y Susan. Nie dlatego, że sobie zrobiłam powtórkę z serialu, ale trudno oglądać "Big Little Lies" i nie mieć skojarzeń z Wysteria Lane. Może dlatego moje pierwsze wrażenie było z kategorii: "no jak zachwyca, jak nie zachwyca". Owszem, ładnie zrobione,  jest podkład muzyczny i gra aktorska, ale jakoś tak... meh. Kontrast ładnego otoczenia (akcja toczy się w najbogatszym zakątku Kalifornii, gdzie każdy mieszka w domu z widokiem na plażę) z brzydkimi zachowaniami (przemoc domowa, zdrada, gwałt, intrygi, kontra kobieca przyjaźń) już parę razy widziałam, między innymi w "Desperate Housewives". Co więcej, w Monterey (miasteczko, gdzie toczy się akcja Big Little Lies) zawartość przemocy psychicznej jest o wiele wyższa niż na Wysteria Lane. Bohaterowie zadają sobie różne wysublimowane ciosy tak często, że HBO zaleca serial wyłącznie pełnoletnim. Powiem więcej, "Big Little Lies" ma się tak do "Desperate Housewives" jak picie wódki do picia wina. Z drugiej strony, nie było w tym nic zaskakującego; autorzy serialu zdecydowali się przedstawić całą historię właściwie od końca, czyli było morderstwo, ale nie wiemy kto i kiedy, i kogo. To znaczy ja wiem, bo domyśliłam się już w czwartym odcinku, kto właściwie został zabity.
Podsumowując, pierwszy sezon mnie przytłoczył, postanowiłam jednak, z grzeczności, skończyć oglądać drugi. I wtedy...
Wjechała Meryl Streep, cała na biało, w roli toksycznej teściowej.
Jak ja mam ochotę tę babę spoliczkować, myślałam sobie, kiedy wyskoczyłam do supermarketu po butelkę cydru. Dawno mnie nikt tak nie zdenerwował, jak Mary Louise, obrzydliwe toksyczne babsko, które sztukę pasywnej agresji rozwinęło do perfekcji. Kocham cię, uważam, że jesteś wspaniała, zwykle zaczyna swoje przemowy. I'm sure you're a good person, po czym następuje pauza i atak. Wypunktowanie wszystkich słabości rozmówczyni, przy czym Mary Louise do tej kategorii zalicza też wypadki losowe. Zostałaś zgwałcona? Jesteś pewna, że nie wysłałaś mu niewłaściwych sygnałów? Nie radzisz sobie ze śmiercią męża? Jesteś pewna, że poradzisz sobie z wychowaniem dzieci, widziałam w twojej szafce cały zestaw leków. Masz kłopoty finansowe? Jesteś pewna, że warto było być pracującą matką? Popatrz, straciłaś tyle czasu, który mogłaś spędzić z dzieckiem i właściwie po co? Oczywiście, wszystko to mówimy spokojnym tonem, nie tracąc ani przez moment panowania nad sobą, potem można z tym większą satysfakcją obserwować, jak rozmówczyni się denerwuje i podnosi głos. To nie jest typ teściowej, jaką była matka Carlosa z "Desperate Housewives" - uciążliwa, ale trochę śmieszna starsza pani. To jest maszyna do zadawania bólu.
Poza Mary Louise moją rolę zwróciły relacja dwóch męskich postacie Ed MacKenzie (mąż Madeline, głównej bohaterki) i Nathan Carlson (były mąż tejże). Obaj panowie nie przepadają za sobą, Nathan jednak rozpaczliwie podejmuje próby nawiązania kontaktu, które kończą się wyzwiskami albo bójką, co jest dość zabawne, bo obydwaj próbują odgrywać rolę racjonalnego (eks-) partnera emocjonalnej kobiety. Co ciekawe, Nathan ma kompleksy, bo Ed jest bardziej "nowoczesnym" z braku lepszego określenia mężem i ojcem: pracuje w domu (jest założycielem start-up'u), gotuje i interesuje się wychowaniem dzieci. Ed tymczasem robi wrażenie zagubionego w bogatej dzielnicy hipstera. To pewnie jego mimikę twarzy mieli na myśli ci, którzy nazwali "Big Little Lies" komedią.
Ja musiałam się wprawdzie całkiem sporo napracować, żeby dostrzec elementy komedii, ale w końcu się udało i nawet parę razy się zaśmiałam. Nie nazwałabym jednak "Big Little Lies" czarną komedią, uważam, że kilka zabawnych dialogów nie równoważy przytłaczającej całości. Niemniej jednak, dla samego odcinka, w którym Meryl Streep ściera się na sali sądowej z Nicole Kidman - bardzo warto.

"Big Little Lies"
Season 1 (2017)
Season 2 (2019)
HBO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

cuaderno1