wtorek, 27 sierpnia 2019

Rana Renaty K.

W 2005 czekałam na zajęcia i czytałam książkę. Ktoś zapytał, czy dobra. Podpisuję się pod wieloma uwagami zgorzkniałego faceta po 40-stce, więc coś w tym jest - odpowiedziałam. To jeszcze o niczym nie świadczy, skomentował pytający z wyższością. Na uniwersytecie czytanie książek dla zabawy, było traktowane czasem z podejrzliwością - jak wciąga. to znaczy, że jest łatwa w odbiorze, a skoro tak jest, to znaczy, że może być lekturą niegodną intelektualistki.

Czternaście lat później usilnie wypatruje przedsprzedaży. Premiera była zaplanowana na 14 sierpnia, tego samego dnia książka znalazła się na moim czytniku. Udało mi się odłożyć lekturę jeszcze o dwa dni, po czym otworzyłam ebooka i zaczęło się.
Czytałam na plaży, nie skończyłam, więc czytałam w autobusie. To ostatnie zdanie zasługuje na kursywę, ponieważ patrzenie w dół podczas jazdy przez zakręty nie jest w moim przypadku wskazane. Udało mi się zapomnieć o mdłościach, czy to o czymś świadczy?
(Precz z aviomarinem, niech żyją kryminały?!)
Co mnie tak wciągnęło? Znowu się z kimś utożsamiłam, zapewne.
Rozumie dobrze reguły, gorzej jej idzie z emocjami. Pewnie dlatego studiowała matematykę. Ma problemy finansowe i stos zaległych rachunków. Nie potrafi się przystosować.
Nie potrafi się przystosować, bo spędziła kilkanaście lat w więzieniu za zabójstwo swojej kilkuletniej córki.
Kobieta jest tylko częściowo postacią fikcyjną. Chmielarz zmienił niektóre fakty, uważna czytelniczka przypomni sobie jednak historię Renaty K. szczegółowo opisaną w reportażu "Śmierć Daniela" autorstwa Edmunda Żurka,  który ukazał się w zbiorze "Mulat w PGRze" (red. Krzysztof Tomasik, Krytyka Polityczna 2011).  W przytoczonej w tekście opinii Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego "Pochodzi z rodziny inteligenckiej. Rodzice jej są pracownikami naukowymi i prowadzą stację doświadczalną. Jedynaczka. Jest bardzo energiczna, pewna siebie, niezwykle rzeczowa i stanowcza. Głęboko wierząca. (...) Rolę opiekunki dziecka pełni bardzo sumiennie. Typ osobowości, przy którym inni mają zapewnione poczucie bezpieczeństwa, trwałości i oparcia"
Rzeczona Renata K. systematycznie biła pasierba pasem - nad łóżkiem wisiała lista określająca ile pasów chłopiec dostanie za przewinienia, takie jak kłamstwo i upór. Kobieta twierdziła,  po prostu taki wybrała system wychowawczy: "Takie karcenie uważałam za nadmierne, ale nie widziałam innej metody wymuszania posłuchu. Ponieważ metoda była skuteczna, uważałam ją za konieczną (...) Zawsze wydawało mi się, ze kontroluję swoje zachowanie i się nie zapominam. Teraz widzę, że się myliłam." Metody edukacyjne odniosły jednak fatalny skutek, dziecko zmarło w wyniku obrażeń, a Renatę skazano na 15 więzienia. "Cechowała ją niedojrzałość emocjonalna, życiowa, dążność do natychmiastowego osiągania celów i potrzeb oraz nadmiernie rozwinięta racjonalizacja".
Trzydzieści lat później Renata K. znowu stała się bohaterką reportażu. Tym razem Mariusz Szczygieł odkrył, że kobieta po zatarciu wyroku (ostatecznie w więzieniu spędziła 10 lat), pracowała jako nauczycielka matematyki oraz była ekspertką MEN. Swoimi spostrzeżeniami (wspartymi obszernymi cytatami z akt sądowych), podzielił się w reportażu "Śliczny i posłuszny", opublikowanym w "Dużym Formacie" z 25 czerwca 2013 roku. W reportażu brakowało jedynie wypowiedzi Renaty K. (u Szczygła wystąpiła pod pseudonimem Ewy T.), która odmówiła wywiadu. Fikcja literacka, czyli "Rana" Chmielarza uzupełnia tę reportażową lukę. Wojciech Chmielarz podjął się prawdziwego wyzwania - pozwolił kobiecie skazanej za zabójstwo opowiedzieć o swoim własnym doświadczeniu. Znacznie łatwiej (i nudnej) byłoby napisać o wyrodnej matce, dzieciobójczyni,  nie przebierając w słowach oburzenia. Do ulubionych części powieści dodałabym również dialogi (podobnie jak w "Żmijowisku") i brak jednego narratora, właściwie wszyscy bohaterowie po kolei robią za narratorów. Są w tym tak przekonujący, że można sobie wyobrazić, że mamy do czynienia z historią prawdziwą. Zastanowić się nad stopniem resocjalizacji Renaty K i  nad zasadnością określenia "była dzieciobójczyni".
Wracając do rzeczywistości, w resocjalizację nauczycielki uwierzyli również jej byli uczniowie, którzy opisywali ją jako surową, ale sprawiedliwą. Po publikacji reportażu temat został podchwycony przez media - od natemat.pl po niezależna.pl i kobieta zrezygnowała z pracy. Jak można było przewidzieć, w Internecie rozpętała się nagonka, a zaniepokojony Szczygieł próbował interweniować u ówczesnej minister edukacji. Po pięciu latach przyznał, że napisanie reportażu bez zgody bohaterki było błędem.
PS PRL-owski sąd skazał Renatę K. na piętnaście lat więzienia, ale nie zdecydował ograniczyć jej prawa do wykonywania zawodu. Jak wyjaśnia Szczygieł, po 10 latach wyrok się zatarł i kobieta nie figurowała już w Centralnym Rejestrze Skazanych ("Z chwilą zatarcia skazania uważa się je za niebyłe i w dokumentach skazanego nie ma po nim śladu. Jest tylko jeden wyjątek: nie ma zatarcia, jeśli przestępstwo miało charakter seksualny, a ofiarą było dziecko do lat 15.Gwałt na dziecku państwo pamięta, a zakatowania pamiętać nie chce.").

Znalezione obrazy dla zapytania wojciech chmielarz rana

Wojciech Chmielarz "Rana"
Wydawnictwo Marginesy 
2019


poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Za co ta pokuta?

Wychowałam się w małej miejscowości, za którą czasem tęsknię. Potem sobie jednak przypominam, jak dorastało się w takich miejscach w czasach sprzed powszechnie dostępnego internetu. W latach nastoletnich czytałam recenzje filmów i książek w "Gazecie Wyborczej"; resztę musiałam sobie wyobrazić. W pobliskim kinie wyświetlano tylko popularne produkcje, w księgarni były podręczniki szkolne. Nie było Netflixa, ani Legimi. Inne kina i księgarnie były w mieście wojewódzkim, do którego podróż trwała godzinę. Tak, w jedną stronę, dopiero kilkanaście lat temu otwarto stosowny odcinek autostrady. 

Między innymi dlatego doskonale rozumiem dziewiętnastoletnią Polę Filipiak, bohaterkę "Pokuty", najnowszej powieści Anny Kańtoch. Dziewczyna mieszka w nadmorskiej miejscowości, pracuje w pensjonacie u matki i  w wolnych chwilach czyta po raz kolejny tę samą książkę Tolkiena. Koleżanki już wyszły za mąż*, miasteczko zalewa deszcz i posezonowa nuda. Jest rok 1986, nie ma internetu, ani galerii handlowych. Alkoholu nie można kupić przed 13, trzeba prosić zaprzyjaźnioną sprzedawczynię, żeby odkładała masło. Świat na zewnątrz nie ma zbyt wiele do zaoferowania, ale nie można narzekać na złe samopoczucie. Pola dzieli dom z matką, która wszystkie problemy córki traktuje jak osobisty przytyk. "Widzisz, do czego mnie doprowadziłaś, wiesz, że rani mnie kiedy jesteś smutna, podnieś rękaw, znów się cięłaś, w jakim świetle mnie to stawia, przecież jesteśmy przyjaciółkami". Do problemów Poli dochodzi jeszcze poczucie winy.

Tę szarą egzystencję (przepraszam za frazes, nie umiem inaczej) przerywa dopiero morderstwo koleżanki Poli. Jak to zwykle bywa, dziewczyna znajduje ten jeden drobny szczegół, który przeoczyła policja i... tutaj powinno paść, "postanawia wziąć sprawę w swoje ręce", ale byłoby to nadużyciem, bo na początku Pola nie bardzo chce zajmować się śledztwem. Dopiero po jakimś czasie, zaczyna szukać wyjaśnienia.

Dlaczego, pisząc o książce, skupiam się na jednej bohaterce? Bo jest dla mnie z całej "Pokuty" najciekawsza. Bardzo mi się podobał opis jej toksycznej zażyłości z matką i tego, jak musiała walczyć z własną nieśmiałością. Cała reszta jest dla mnie zdecydowanie mniej interesująca: mam wrażenie, że drugi główny bohater (milicjant) cały czas myśli i rozmawia o tym samym. Sama historia jest momentami nieprzekonująca: nikt nie zauważył zaginięcia, bo ofiara (zaginiona 14 lat wcześniej) miała podobną do siebie kuzynkę-sierotę, która przyjeżdżała wcześniej na wakacje. Serio?  Jako osobie wychowywanej na wsi, trudno mi uwierzyć, że nikt nic nie zauważył. Podobne odczucia miałam, kiedy odkryto sprawcę i ujawniono jego motywację, ale, ze zrozumiałych względów, nie mogę napisać dlaczego.

Z drugiej strony, o ile główny wątek wydaje mi się mało wiarygodny, o tyle bardzo podobają mi się opisy schyłkowego PRL-u. Kiedy czytam kryminały Anny Kańtoch, wszystkie  osadzone w drugiej połowie lat 80, prawie czuję smak kawy zbożowej i jajecznicy smażonej na maśle na śniadanie. Polska Ludowa nie jest zresztą tematem przewodnim "Pokuty", a schyłkowy reżim jest raczej jedną z codziennych niedogodności, niż upiornym totalitaryzmem. Zakupy żywieniowe są pewnym logistycznym wyzwaniem, a milicja bije przy przesłuchaniach, przeciętni obywatele nie są jednak bezmyślnie prześladowani, o ile nie angażują się w politykę. Taki wyważony obraz PRL-u jest miłą odmianą dla modnej ostatnio teorii, że w latach 80. wszyscy nie spali, nie jedli, tylko nieustannie krzyczeli "Precz z komuną!", a kto nie skakał, ten z milicji. I za to właśnie, mimo wszystko, lubię "Pokutę", tak samo jak  poprzednie "Łaskę" i "Wiarę".

*Na początku dziewiętnastolatki wychodzące masowo za mąż wydawały mi się pewną przesadą. Wątpliwościami podzieliłam się z koleżanką, ona jednak je rozwiała, przytaczając przykłady z własnej rodziny. Ponieważ nie lubię poprzestawać na dowodach anegdotycznych, sięgnęłam do danych GUS-u. Na stronie 18, czytam, że w 1990 roku co piąta panna młoda miała mniej niż 19 lat, a co druga - 20 - 24 lata. Dla porównania, w roku 2017 liczby ten wynosił odpowiednio 1,4 i 24,6%. Tak sobie czasem myślę, że narzekania, iż w tej Polsce nigdy nic się nie zmieni, są nieco na wyrost.



Znalezione obrazy dla zapytania anna kańtoch pokuta

Anna Kańtoch "Pokuta"
Wydawnictwo Czarne, 2019

czwartek, 15 sierpnia 2019

Współczując w Omanie

W podstawówce często grałyśmy w państwa i miasta. Czasem przychodził ten niezręczny moment, kiedy się trafiło na literę O i trzeba było wpisać państwo. Przy tej okazji nauczyłyśmy się o Omanie. Poza nazwą, niewiele jednak wiedziałyśmy o tym kraju. 
Dwadzieścia lat później, umiałabym nazwać stolicę, skojarzyć z daktylami, ropą i islamem, oraz przywołać z pamięci film z wiązania turbanów (obawiam się, że ja nie umiałabym tak zręcznie ułożyć włosów); aż tu nagle zwróciła moją uwagę książka "Z miłości? To współczuję?" Agaty Romaniuk. Z reguły jestem sceptyczna wobec wszystkich pozycji z zakrytymi czarnymi strojami kobietami na okładkach, tym razem jednak zachęciły mnie opinie znajomych.
Książka zdecydowanie mnie nie zawiodła. Po pierwsze, autorka zestawia historię z twardymi danymi, wypowiedziami polityków i działaczy organizacji pozarządowych, dzięki czemu "Z miłości?..." nie jest tylko zbiorem dobranych pod tezę anegdot. Po drugie, Agata Romaniuk nie ograniczyła się do rozmowy z kilkoma swoimi koleżankami. W książce znajdziemy historie bangladeskich służących, sprowadzanych z Indii nielegalnie nastoletnich żon, lankijskiej prostytutki i kobiety handlującej kozami. Nie jest to wizja kraju z perspektywy kilku zamożnych pań, zaprzyjaźnionych z Europejką. Po trzecie, Oman nie jest ani demonizowany, ani polukrowany: obok przykładów solidarności kobiecej i siły więzów rodzinnych, pojawia się także temat nieściganych przez prawo gwałtów małżeńskich i przemocy domowej, obejmującej również służbę domową. W taki sam sposób jest przedstawione małżeństwo, które w Omanie bardziej przypomina umowę o pracę, niż tradycyjny katolicki sakrament. Najbardziej zaskakujący chyba jest wątek presji związanej z wyglądem -  z jednej strony chusta i abaja mogą sporo ukryć, z drugiej strony nie toleruje się najmniejszego zaniedbania. Z wypowiedzi bohaterek reportażu wynika, że stale noszony makijaż, operacje plastyczne (w tym zwężanie waginy) w klasie wyższej i średniej są normą, podobnie jak  staranne oględziny przyszłej żony przez rodzinę męża, podczas których dziewczyna rozbiera się do majtek, żeby ciotki i matka mogły lepiej obliczyć proporcje talii, piersi i bioder. Wbrew pozorom, w społeczeństwie, gdzie zamążpójście ma duży wpływ na pozycję kobiety, wygląd jest równie ważny, jak w roznegliżowanej Europie.
I na poleceniu książki mogłabym skończyć ten wpis, gdybym nie przeczytała wywiadu z autorką, z którego wywnioskowałam, że rozpieszczone Omanki żyją lepiej niż pracujące na dwa etaty Europejki. Mają zabezpieczenia w razie rozwodu, nie muszą pracować, mogą studiować co tylko chcą, dba o nie służba, wspiera rodzina, akceptują takie drobne niedogodności jak seks na żądanie.  Nie mogę się powstrzymać od komentarza: wydaje mi się, że porównań powinno się dokonywać pomiędzy kobietami o zbliżonej pozycji społecznej i poziomie zamożności. Wszędzie jest łatwo być księżniczką, znacznie trudniej służącą. Nikt nie chroni przed przemocą pochodzących ze Sri Lanki służących, ani sprowadzonych z Indii żon , pomimo że rząd podejmuje pewne próby. Bogatsze kobiety mogą liczyć na pomoc rodziny, gdy doświadczają agresji ze strony męża, autorka jednak nie wspomina, co się dzieje, gdy ojciec, matka i rodzeństwo nie chcą interweniować / sami stosując przemoc.
Na koniec taka ciekawostka: w Omanie kobiety stanowią większość studiujących nauki ścisłe i przyrodnicze, kraj jest pod tym względem w światowej czołówce. W "Times of Oman", czytam, że absolwentki mają jednak problemy ze znalezieniem pracy, ze względu na dyskryminację. Agata Romaniuk odpowiedziałaby, że po prostu nie chcą pracować, a o braku niezainteresowaniu karierą zawodową świadczyć ma fakt, że kobiety stanowią tylko jedną trzecią ogółu zatrudnionych. Nie jest jasne, czy te dane obejmują również imigrantki, niemniej jednak, w innym rozdziale książki pojawia się informacja, że dwie trzecie ogółu zatrudnionych to imigranci.Dane z podziałem na płeć i kraj pochodzenia, mogłyby pokazać, że chęć podjęcia pracy nie różni się tak diametralnie między obiema płciami.

Znalezione obrazy dla zapytania z miłości to współczuję

Agata Romaniuk
"Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu
Wydawnictwo Poznańskie, 2019

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

W imię fabuły

Disclaimer, wersja skrócona:
Nie znam się.
Disclaimer, wersja rozszerzona:
Nie znam się na pisaniu o kryminałach. Za młodu nie czytałam, byłam tym typem irytującego dzieciaka, który udaje że rozumie Prousta i Joyce'a, a popkulturą gardzi. Potem zamieniłam Prousta i Joyce'a na socjologię i powieści czytałam raz do roku, bo miałam ciągle poczucie, że się nie znam na naukach społecznych i muszę nadrabić. Przełom przyszedł osiem lat temu, kiedy życie się tak ułożyło, że potrzebowałam czegokolwiek, co odwróciłoby moją uwagę od niewesołej rzeczywistości. Czytałam po nocach Stiega Larssona, a teraz...
Przeczytałam  w nocy "W imię natury" Pasierskiego i mam mieszane uczucia.
Streszczenie: były pracownik korpo, prawnik, obecnie manager ekologicznej organizacji pozarządowej, ojciec dwójki dzieci, zgłasza zaginięcie żony. Czytelniczce jest z tego powodu smutno, bo pan Mateusz Chrabowski jest sympatyczny i na początku książki opowiedział o swoich problemach rodzinnych i zawodowych, które niedawno rozwiązał. Czytelniczka się tak przejęła, że przeczytała całość w jakieś dwie i pół godziny, ale...
Na pierwszy rzut oka, książka ma pewne plusy. Temat uwikłania w granty organizacji pozarządowych i anonimowość darczyńców zdecydowanie zasługuje na uwagę i w zasadzie szkoda, że nie jest głównym wątkiem książki. "W imię natury" jednak w tę stronę nie poszło, zabłądziło na zwrotach akcji, które autor pospinał w sposób nieco... zaskakujący. Nieślubne dziecko milionera, ukraiński morderca (który przegrywa walkę, bynajmniej nie z profesjonalistą), tortury, fałszywa tożsamość, ucieczki tyleż spektakularne, co niemożliwe... Wiem, że to jest reportaż sądowy i literatura ma swoje prawa, ale w listopadzie pływanie w jeziorze w pełnym ubraniu ma raczej skutek śmiertelny, zwłaszcza, kiedy pływak jest ciężko ranny w nogę i nie bywał regularnie na basenie. Książkowy uciekinier nie tylko przeżył, ale jeszcze przeszedł parę kilometrów (w mokrym ubraniu, a jakże!). W skrócie, mogłam dostać kryminał o biurokracji w sektorze pozarządowym i zakulisowych wojenkach w energetyce, a przeczytałam film gangsterski, który, przy całej mojej sympatii do Chrabowskiego i jego rodziny, był rozczarowujący.
PS Podobnie mieszane uczucia miałam przy poprzedniej książce Pasierskiego, bo wydawało mi się, że autor pod koniec książki zmienił jej początek, tzn. nagiął go tak, żeby pasował do zakończenia, ale z lenistwa nie sprawdziłam, więc może to moje przeoczenie.



Jędrzej Pasierski 
"W imię natury"
Wydawnictwo Czarne, 2019

piątek, 9 sierpnia 2019

Powrót do przeszłości. Derry Girls

Czasami, kiedy poznaję kogoś w wieku zbliżonym do mojego, rozmowa schodzi na wspomnienia popkulturowe. Coco Jambo pamiętasz? Ace of Base? Lambadę? Wracamy do  pierwszej połowy szkoły podstawowej, rozmówca / rozmówczyni staje się bardziej znajomy niż nieznajomy.
Takie samo uczucie miałam oglądając od niedawna dostępny na Netflixie drugi sezon Derry Girls, serialu o grupie uczennic katolickiej szkoły z Londonderry (Północna Irlandia) w schyłkowym okresie the Troubles. Miałam parę razy ochotę krzyknąć: I HAVE BEEN THERE, bynajmniej nie dlatego, że odwiedziłam kiedykolwiek Irlandię Północną.
Gdyby kazano mi teraz, niczym katolickiej i protestanckiej młodzieży w z pierwszego odcinka, wypisać różnice i podobieństwa między nami, to zaczęłabym od braku krwawego konfliktu polityczno-religijnego w moich rodzinnych stronach.. Nawet gdyby mieszkańcy chcieli taki sobie zafundować, to nie mieliby z kim, bo prawie wszyscy chodzili do tego samego kościoła. Nie znaczy to, że problemów nie ma, niemniej jednak wojskowych widziałam raz, mniej więcej w 2001, kiedy z fabryki broni skradziono rakiety, dla dziewczyn z Derry policyjne blokady, alarmy bombowe i ewakuacje są częścią codzienności. Polityka jest w związku z tym ważniejsza dla nich niż była dla mnie, ale nie znaczy to że życie nastolatek kręci się wokół IRA. Najważniejsza jest szkoła  ze zblazowaną i sarkastyczną dyrektorką i życie towarzyskie, blokady są uciążliwe, bo można się przez nie spóźnić na lekcje.
Listę podobieństw zaczęłabym od muzyki. Ace of Base, Take That, New Kids on the Block nie są czymś, czego bym dzisiaj szukała na Spotify, ale zawsze kojarzą mi się z dzieciństwem, spontanicznym śpiewaniem połączonym z przekręcaniem angielskich słów (rodzice szczęśliwie nie mieli mediów społecznościowych i nie przychodziło im do głowy, żeby te popisy nagrywać i je upubliczniać). Serial mnie jednak zainspirował do odgrzebywania przebojów: "Dreams" The Cranberries słuchałam już chyba 10 w ostatnich dwóch dniach, fałszywie podśpiewując, tym razem bez przekręcania słów: All my dreams, it's never quite as it seems, never quite as it seems" (już przestaję, obiecuję)
W czwartym odcinku dziewczyny i chłopak (James, urodzony w Londynie kuzyn Michelle, chodzi do żeńskiej szkoły celem uniknięcia pobicia) jadą na koncert Take That do Belfastu. Rodzice zabraniają, główna bohaterka żali się, że do Irlandii Północnej nikt nigdy nie przyjeżdża, bo gwiazdy boją się IRA. Do nas na polską prowincję też nikt nigdy nie przyjeżdżał, nawet gwiazdy disco polo, bo nie było niczego, a wyjazd na koncert do Dużego Miasta był dość skomplikowaną operacją.
Mało mieliśmy samochodów i jeszcze mniej pieniędzy, dlatego wzruszają mnie kłopoty finansowe dziewczyn. Brak pieniędzy na wyjazdy zagraniczne, nieustające kombinowanie - znam to aż nazbyt dobrze. I ten tekst: nowej nie dostaniesz.
Właśnie, surowi rodzice, rzecz znana nastolatkom na całym świecie chyba:
"- Dlaczego nauczycielka kazała wam przepisać zadanie z poezji?
- Bo nie napisaliśmy prosto z duszy!
- To dlaczego nie napisaliście prosto z duszy?!"
Z drugiej strony jednak, w mojej ulubionej scenie, Erin czeka na chłopaka, z którym ma iść na szkolny bal. Po dwóch godzinach jest jasne, że nikt nie przyjedzie. Dziewczyna siedzi z rodzicami w kuchni, patrzy przed siebie, a matka uważnie jej się przygląda. Nie pada ani jedno słowo, ale to zatroskane spojrzenie mówi właściwie wszystko  - szczerze mnie wzrusza.
Rodzice wykazują się również dużą cierpliwością do koleżanek i kolegów dzieci. Niewiele jest pieniędzy, atrakcji jeszcze mniej - młodzież spotyka się w domach, razem jedzą posiłki i odrabiają lekcje. Zupełnie jak u nas, zwłaszcza zimą cierpliwość rodzicielska bywała wystawiona na próbę, bo nasze nieduże domy trzęsły się od hałasu.
Myślę teraz o latach 90. w Polsce i chyba chciałabym, żeby ktoś nakręcił podobny serial: o przeciętnych dziewczynach z prowincji, dalekich od ideałów z Beverly Hills 90210, podejmujący trudne tematy z humorem i dystansem. O zapotrzebowaniu na taki obraz młodzieży świadczyć może, że w Irlandii Północnej Derry Girls są najpopularniejszym serialem wszech czasów.
Kto się miałby tego tematu podjąć? Irlandzki serial wyprodukowała telewizja publiczna Channel 4, u nas byłaby to... TVP?

Znalezione obrazy dla zapytania derry girls mural
Na zdjęciu piątka głównych bohaterek: James, Michelle, Erin, Orla, Clare. Serial w Irlandii Północnej jest tak popularny, że dziewczyny dorobiły się własnego murala. Gdyby kogoś zdziwiła obecność Jamesa, przypominam za Michelle "Derry girl is a state of mind". Zdjęcie za: thejournal.ie

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

W poszukiwaniu wakacyjnej lektury…

trafiłam na książkę traktującą o przedwojennych urlopowiczach wypoczywających w przedwojennych Niemczech.

Autorka, Julia Boyd, reprezentuje perspektywę anglosaską, stąd w książce przeważają głosy Brytyjczyków, Amerykanów i Australijczyków, którzy już w pierwszych latach po wojnie zwiedzają Republikę Weimarską. Przyjeżdżają z różnych pobudek: powiązania kulturalne, pomoc humanitarna, podróże służbowe, wymiana szkolne. Niektórzy są zachwyceni panującą w Republice wolnością, zwłaszcza w sferze seksualności. Fakt, że Anglia i Niemcy względnie niedawno podpisały traktat pokojowy zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Cytowani przez Boyd podróżnicy od jego postanowień raczej się odcinają, współczując niemieckim gościom upokorzonych przez Francuzów.
Więź brytyjsko-niemiecka rodzi się na nowo i nawet zyskujący na popularności Adolf Hitler nie stanowi większej przeszkody. Że antysemita? Owszem, zdemolowanie witryn w eleganckich żydowskich domach towarowych było naganne, ale, z drugiej strony, brytyjskie elity, niewolne od antysemityzmu, powtarzają, że "żydostwo" w Republice Weimerskiej nadmiernie się rozpanoszyło. Że w Dachau działa obóz koncentracyjny? A kto w nim siedzi: komuniści, homoseksualiści i inni tacy, których internować należy. Poza tym, byłem i widziałem, wcale im nie jest tak źle.*
Cytując Boyd "obóz w Dachau stał się czymś w rodzaju atrakcji turystycznej, szczególnie dla polityków i dziennikarzy"**.
Tutaj wypadałoby się oburzyć. Jest jednak mały problem - zwiedzający o drugiej wojnie światowej nie wiedzieli. Z drugiej strony, naoczni świadkowie Nocy Kryształowej i Nocy Długich Noży mogli się domyślić, że w kraju nie dzieje się najlepiej. Faktem jest, że po tych wydarzeniach napływ turystów było nieco mniejszy, niemniej jednak nadal podróżowano do Niemiec i wysyłano dzieci na wymianę, aby pisały wypracowania o, między innymi, roli kobiety w narodowym socjalizmie. I nie robili tego jedynie pasjonaci Trzeciej Rzeszy w rodzaju Oswalda Mosleya czy Unity Milfred. Dlaczego podróże do Niemiec nie ustają?
Po pierwsze, bo Niemcy wydały Goethego, trochę głupio wyszło z tymi nazistami, ale ostatecznie to kulturalny naród i na pewno mu przejdzie. Poza tym chwilowo twarda ręka jest potrzebna, bo inaczej nie zatrzymamy bolszewików. Ci podróżujący, którzy mieli szanse osobiście poznać Hitlera, dodaliby w tym miejscu, że to czarujący i oddany człowiek.
Po drugie, bo lokalsi są mili i kulturalni. Takie odczucia mieli nawet czarnoskórzy sportowcy z USA, którzy w miejscowych budzili głownie ciekawość. "Nie spotkałem żadnych brudnych nazistów, tylko dużo miłych Niemców. Acha, i nie musiałem siedzieć z tyłu autobusu" - odpowie po powrocie do kraju Archie Willimas, zwycięzca w biegu na 400 metrów.
Po trzecie, niektórzy zdawali się traktować faszyzm jako coś w rodzaju folkloru lokalnego, niedopuszczalnego w liberalnej Wielkiej Brytanii; ale Niemcy widocznie coś takiego mają, że u nich panuje dyktatura.
Część z tych opinii może brzmieć znajomo, co prowadzi do niepokojącego pytania: czy nie jest tak, że przymykając oko na rozmaite naruszenia, ryzykujemy przeoczenie jakiegoś hitlera XXI wieku? Z drugiej strony, uproszczone analogie są niebezpieczne, a nadużywanie terminu "faszysta" stopniowo go dezawuuje.
Innej odpowiedzi nie ma, innego końca świata nie będzie.



*Warunki w obozie koncentracyjnym oburzały niektórych odwiedzających, Boyd sugeruje jednak, że nie była to postawa powszechna
** Obydwa cytaty swobodnie przetłumaczone za wydaniem angielskim
Julia Boyd Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi. 

Prószyński i S-ka, 2019





cuaderno1